Archive for Maj 2011

Katastrofa zwana męską seksualnością

Maj 30, 2011

Właściwie miało tak jak poprzedni tekst pójść na Feminotekę, ale Feminoteka działa niezbyt szybko, więc najpierw tu

Ponieważ jeden fragment można zrozumieć nie tak jak chciałem, to dodałem do niego przypis – siódmy przypis, dla ścisłości

Katastrofa zwana męską*[1] seksualnością.

Post-coital depression – uczucie smutku, melancholii i/lub niepokoju, występujące po stosunku seksualnym.

Afterglow – uczucie szczęścia, satysfakcji i odprężenia, występujące po stosunku seksualnym.

Te dwa określenia dobrze oddają to jak różny może być seks. Oczywiście, to pierwsze jest o wiele bardziej znane. I jest znacznie częstszym doświadczeniem wśród mężczyzn.

Dlaczego?

Napisałem, przy okazji kolejnej odsłony dyskusji o pornografii*[2], że męska seksualność jest bardziej zrepresjonowana od kobiecej. To stwierdzenie może wydawać się zaskakujące, ale tylko dlatego, że ta represja jest bardziej ukryta. Generalnie, kobiety – feministki – które mogłyby ja zanalizować zwykle nie są tym zainteresowane, albo wpadają w pułapkę traktowania mężczyzn, jako jednorodnej grupy, albo umyka im część perspektywy. Z drugiej strony, mężczyźni są albo (np: MRAs*[3]) zbyt zajęci szukaniem winy w feminizmie i wyzwoleniu kobiet, albo nawet nie są świadomi, lub nie chcą narzekać – bo już samo to oznaczałoby przekroczenie normy i niemęskie zachowanie.

Zresztą, jest co tracić. Wartościowanie męskości wyżej niż kobiecości ma też tą stronę, że O ile kobieta zachowująca się po „męsku” łamie normę, to poza tym zdobywa rzeczy, które są uważane za wartościowe (nawet, jeśli dla niej nieodpowiednie). Mężczyzna, który chciałby sprzeciwić się normom obowiązującym jego płeć musiałby zrezygnować z uprzywilejowanej roli społecznej. Nic dziwnego, że tak rzadko się to zdarza, a męskość pozostaje bardzo słabo zanalizowana. Jeśli zaś chodzi o seksualność to jest po prostu tragicznie.

Jak to wygląda w praktyce?

To dość proste i powszechnie znane nakazy, normy przypisujące wartość pewnym cechom i zachowaniom. Męskim. Rzeczom, które określają to, czy facet będzie ‚w porządku’, akceptowany, zasługujący na istnienie, WIELE WARTY. Oh, jest wiele cech, które są po prostu ludzkie, które maja wartość. Stereotyp męskości zawiera takie, jak powiedzmy odwagę, ale jest tez coś co określa tylko i wyłącznie mężczyzn, a nie ludzi, czyli seksualność*[7]. Bardzo dużą wartość, powiedziałbym, że ponad połowa męskości jest oparta na szeroko rozumianej seksualności.

Mężczyzna musi być seksualnie aktywny, zawsze mieć ochotę na seks, nie tylko nie odmawiać ale aktywnie dążyć i wykazywać inicjatywę, poszukując (z sukcesem!) kontaktów seksualnych. Oczywiście, muszą być to heteroseksualne kontakty, w których mężczyzna pozostaje w męskiej, aktywnej roli, a przynajmniej nie przybiera w sposób oczywisty pasywnej (można owszem, być zadowalanym oralnie, ale coś stricte BDSM, w roli uległego, to już nie jest wartościowe, wręcz przeciwnie, jest uwłaczające), i obiekt (kobieta) musi być akceptowalnie atrakcyjna, im bardziej – według „obiektywnych” kryteriów, oczywiście, a nie według widzimisię zdawałoby się zainteresowanego mężczyzny – atrakcyjna, tym więcej punktów poczucia własnej wartości.

Dalej. Jeszcze lepiej, jak ma dużego penisa*[4], zaspokaja kobietę, oczywiście tym penisem, i najlepiej jak najdłużej, „przedwczesny” wytrysk to coś niemal tak zagrażającego jak impotencja. (a co to ma wspólnego z realnymi potrzebami partnerki, to juz mniejsza o to. Po pierwsze, o tym sie nie rozmawia, po drugie facet ma wiedzieć, a nie pytać. Zupełnie mnie to nie dziwi, ze mężczyźni traktują porno jak instrukcje, a niby skąd mieliby czerpać ta wiedze? Przecież rozmawianie otwarcie o pragnieniach w seksie jest taaaakie sztuczne! A edukacja seksualna to przecież powinna być o zagrożeniach, a nie o tym, jak to robić, żeby było fajnie i przyjemnie).

I co najważniejsze – musi z tego wszystkiego czerpać wielka satysfakcję.

To jest najważniejsze. Nakaz przyjemności całkowicie – poza szczęśliwymi zbiegami okoliczności – odbiera możliwość rozpoznania, czy naprawdę się coś lubi, czy nie. Dodajmy do tego inne stereotypowe męskie normy, jak nienarzekanie, niewyrażanie (większości) emocji a potrzeb emocjonalnych w szczególności, i jasno widać jak tragiczna jest to sytuacja. I dlaczego z dwóch reakcji na seks ta pierwsza jest o wiele częstsza.

A to nie wszystko.

Jest jeszcze przekonanie*[5], że męska seksualność jest niemoralna, że mężczyźni to rozpasane świnie, co myślą tylko o jednym, że kobiecy dotyk jest wartościowy, a męski może tej wartości pozbawić. Że kobieta oddaje w seksie mężczyźnie coś cennego, a on coś pożądanego dostaje. Mężczyźni konsumują tą okropną pornografię, chodzą do prostytutek, zdradzają*[6].

Piękne podwójne wiązanie. Musisz być seksualny, żeby być wartościowy, ale jednocześnie nie możesz taki być, bo to złe i niemoralne. Na dodatek, jeśli uważasz kobiety za ludzi, to jak pogodzić ten pierwszy nakaz z tym, że twoja seksualność jest niebezpieczna i mało wartościowa? Chyba po prostu lepiej przestać uważać kobiety za osoby godne szacunku, łatwiej kogoś zdehumanizować, wtedy łatwiej go (a raczej ją) tym traktować, czyż nie? Co nie zrobisz, będzie źle. A gdzie w tym wszystkim własne pragnienia, to w ogóle dawno zapomniane.

A jak wygląda prawda?

Przykro mi, wytrysk to nie orgazm. Mężczyźni nie mają automatycznie przyjemności z każdego seksu. Nie każdy orgazm jest tak samo fajny. Nie zawsze chcemy mieć wytrysk i nie musi to być problemem. Nie, nie oddzielamy seksu od emocji, choć wielu z nas musiało sie tego nauczyć, bo przecież to takie niemęskie nie chcieć seksu, wiec do diabla z emocjami, trzeba stanąć na wysokości zadania.

Kiedyś zdarzyło mi sie nawet powiedzieć na glos mojej przyjaciółce, ze pójdę z pewną osobą do łóżka (w odpowiedzi na jej propozycję), bo przecież nie byłbym facetem, gdybym sie nie zgodził. Powiedziane na glos brzmiało komicznie, ale przecież to była prawda. A, że to bolesne, że ta osoba nie chciała niczego więcej? Ani słowa o tym, przecież jestem facetem, seks bez zobowiązań to ideał, nie?

Jaki jest tego skutek?

Taki, że mężczyźni nie mogą wiedzieć, czy naprawdę są usatysfakcjonowani z seksu, skoro seks sam w sobie jest dla nich zdobyczą i wartością. Taki, ze większość seksu jaki maja mężczyźni jest slaby. Gdyby oddzielić wartość osiągnięcia i dotyku, to byłby naprawdę niewiele warty.

Cytując pewnego mądrego faceta, którego doświadczenia, jak sądzę, nie są zbyt wyjątkowe: „Mógłbym policzyć na palcach dobry seks, jaki miałem. Zły, to tak z 50-60%. A fatalny seks – taki po którym czujesz się beznadziejnie i ohydnie, mimo „osiągnięcia”, to ze 20%. Reszta to taki sobie seks, który mógłbym woleć od masturbacji, zależnie od mojego nastroju.”

Ale nikt wam tego nie powie, oczywiście. Nikt się nie przyzna.

*[1] Dla ścisłości, będzie tylko o cisseksualnych, heteroseksualnych (lub bi) mężczyznach. Choć w szczególny sposób dotyczy to również mężczyzn homoseksualnych – sztywna normatywność męskiej seksualności wiąże się z tą intrygującą niewidocznością męskiego biseksualizmu: http://www.marksimpson.com/blog/2006/04/26/curiouser-and-curiouser-the-strange-disappearance-of-male-bisexuality/

*[2] Konkretnie, tu: http://www.feminoteka.pl/readarticle.php?article_id=1059 Sformułowanie zresztą nieszczęśliwe, bo wygląda na licytowanie się kto ma gorzej. Nie wiem kto, i mnie to nie interesuje.

*[3] Nawet nie wspominając o komicznych mitopoetach, czy Men Rights Activists, to ludzie którzy się tym interesują (np: http://www.feministcritics.org/blog/ ) są często zajęci wyszukiwaniem przykładów (czasami trafnych a często nie) jak to mężczyźni mają gorzej, co bywa interesujące, ale jest bezproduktywne. W sumie najbardziej interesujące podejście do tematu prezentuje kobieta, feministka, acz bez teoretycznego przygotowania, Clarisse Thorn, zwłaszcza w swojej już legendarnej serii dyskusji o męskości: http://clarissethorn.com/blog/2011/01/28/manliness-and-feminism-3-rise-of-the-machines/ . Warto by wspomnieć również o recenzji książki C.J.Pascoe przez Thomasa Millara: http://yesmeansyesblog.wordpress.com/2010/01/12/review-dude-youre-a-fag/

*[4] A przynajmniej średniego. W ogóle w męskości ważniejsze jest, żeby nie popełnić błędu, i nie mieć żadnych dyskwalifikujących braków, żeby spełnić pewne minimalne kryteria, które udowodnią, że mężczyzną jesteśmy, niż ponadprzeciętne osiąganie tylko niewielu z nich. Trochę to tajemnicze, jakby trzeba było się odróżnić od reszty istot, kobiet, dzieci i wszystkich innych?

*[5] Po części prawdziwe, a po części nie – większość sprawców – z wyjątkiem pedofilii – przemocy seksualnej to mężczyźni. Z drugiej strony, przygniatająca większość sprawców to stosunkowo niewielka grupa mężczyzn: http://yesmeansyesblog.wordpress.com/2009/11/12/meet-the-predators/

*[6] Nic dziwnego, że pornografia wygląda tak a nie inaczej. Czego miałby chcieć mężczyzna, który z jednej strony ma mieć ten seks, a z drugiej te jego pragnienia są niewłaściwie? Braku potępienia, kobiet, które zrobią wszystko, czego by nie chciał z uśmiechem na ustach, oczywiście. http://yesmeansyesblog.wordpress.com/2011/03/03/gender-differences-and-casual-sex-the-new-research/ . Postrzeganie seksu w kategorii czegoś, co kobiety dają mężczyznom, co im sprawia przyjemność a dla nich jest potencjalnie emocjonalnie kosztowne oczywiście jest wiktoriańską bzdurą:

*[7] Muszę to wyjaśnić – bo da się to odczytać jako stwierdzenie, że seksualność określa tylko mężczyzn a kobiety to w ogóle seksualności nie mają (na co zwróciła uwagę Zuljetka w komentarzach na blogu Navairy). Zamierzałem powiedzieć, że są cechy – takie jak na przykład odwaga – które są płciowo jeśli nawet nie neutralne to mogą swobodnie określać osoby obu płci bez poddawania w wątpliwość ich identyfikacji, i też często mają podobne znaczenie (akurat w stereotypie odwaga mężczyzny może polegać na czymś innym niż kobiety, ale nie jest tak zawsze, również w tym wypadku). Ale męska seksualność odnosi się do mężczyzn a nie kobiet – i właśnie takie rozumienie seksualności jest istotne dla pojęcia męskości. W skrócie, powinienem po prostu postawić przymiotnik „czyli MĘSKA seksualność”, i byłoby jasne. Oczywiście kobiety mają swoja seksualność, i istnieją również stereotypowe kobiece role seksualne (jakżeby inaczej!).

Pomada 2011

Maj 24, 2011

Czyli kolejna odsłona spotkań o poliamorii. W tym roku dwa, jedno 4 a drugie 10 czerwca. Wiecej informacji tutaj, zapraszamy :)

Seks, pornografia i feminizm

Maj 21, 2011

(Czyli coś napisałem jako krytykę tekstu Marzeny Gębali na Feminotece – link )

Seks, pornografia i feminizm

Z tekstem Marzeny Gębali
Poważno – frywolne. Nie jestem porno-gwiazdką

polemizuje Tomasz Kulesza

Jestem w kropce.

Powiedziałem, szczerze oburzony, że artykuł jest tak problematyczny, że rozwikłanie i unaocznienie tego wymagałoby drugiego podobnej wielkości. Sprawa jest skomplikowana, bo artykuł jest niejednoznaczny, z jednej strony słusznie zwraca uwagę na problemy z normatywnością seksualności, a zwłaszcza w jej masowym odbiorze jako pornografii, z drugiej strony jest to często również sformułowane w sposób normatywny i przybiera opresyjną formę .Z trzeciej strony nietrafnie koncentruje uwagę na pornografii jako źródle problemu, a z czwartej postuluje jak najbardziej właściwe rozwiązanie, czyli komunikację.

Gdzie więc są te problemy?

„Dzisiaj w dyskursie na ten temat częściej od stwierdzeń, że pornografia wykorzystuje i upokarza kobiety (…) I jeśli ktoś nie chce uchodzić za dewota, lub hipokrytkę nie może zbyt głośno dawać wyrazu swej niechęci w tej kwestii. Lepiej zachować milczenie. ”

Problem z krytyką pornografii jest taki, że nie można posługiwać się absolutnymi stwierdzeniami w rodzaju „pornografia wykorzystuje i upokarza kobiety”. Nie można, ponieważ może się to skończyć pojawieniem się kobiety, która, jak na złość, okazuje się że uwielbia bukkake*, lubi pracę w branży porno i w ogóle nie czuje się upokorzona. I co wtedy? Zdrajczyni, niech się nie ośmiela odzywać? Ale czy to nie jest represja seksualności konkretnej kobiety z krwi i kości?

Wniosek? Tak, jeśli nie chce się uchodzić za dewota/kę to lepiej nie krytykować (moralnie) publicznie tego co inni ludzie lubią czy chcą – przy świadomej zgodzie stron – robić** nawet jeśli wydaje się to odstręczające. Ewentualnie można przyjąć z otwartymi ramionami taką etykietkę, w końcu świat się po tym nie skończy (choć postępowa identyfikacja może ucierpieć). A jeśli chce się mówić o tym, że wiele kobiet jest mniej lub bardziej zmuszanych do seksualnej pracy, to należy mówić, że problemem jest przemoc, a nie, że praca jest seksualna.

Chyba, że podziela się konserwatywne przekonania o tym, że seksualność jest wstydliwa, że kobieta nie ma własnej seksualnej agendy, i że „oddając się” traci coś wartościowego. Co, szczerze mówiąc, jest po prostu ohydne, ponieważ właśnie to odbiera podmiotowość, problem nadal niezwykle poważny w naszej kulturze.

A jeśli upokorzenie polega na tym, że widok nagiego ciała innych kobiet jest upokarzający, to należy uznać, że problem jest w nas, i że droga do jego rozwiązania wiedzie przez gabinet psychoterapeutyczny, a nie przez dyscyplinowanie ciał innych kobiet. I nie wiem co poczuje mała dziewczynka na widok wypinającej się na plakacie kobiety. Podejrzewam, że przelotne zaciekawienie. Moja znajoma, jako dziecko, uważała wiele lat temu, że prostytutki są strasznie fajnie i ładnie ubrane. Ale domyślam się, że jeśli owa dziewczynka dowie się od innych, że wypinająca się kobieta to się nie szanuje, że „to sukadziwkaszmata jest”, to pewnie nie poczuje się najlepiej.

„Uważam, że Matka Natura wyposażyła mnie wystarczająco, by anal nie był konieczny. I przy obiedzie też nie mam zamiaru rzeczonych filmów oglądać. Ale jest to moje zdanie.”

Drugim problemem jest sposób przedstawienia tego co w seksie jest właściwe. A raczej sam fakt, że posługuje się taką kategorią. Krytyka norm i standardów seksualnych, także tego co jest obecne w pornografii***, nie może polegać na tym (przynajmniej z feministycznych i podmiotowych pozycji), że uznajemy jakaś – w tym wypadku inną niż taką jaką autorka widzi w pornografii – aktywność seksualna za właściwą. To nic innego jak podobna opresja, tylko z innej strony.

Bo nie ma nic złego w tym, jeśli iluś mężczyzn chciałoby uprawiać seks analny a oralny kończyć wytryskiem na twarz****. Sama w sobie takie pragnienie jest równie godne potępienia jak chęć uprawiania seksu waginalnego w pozycji klasycznej na małżeńskim łożu z baldachimem, usłanym płatkami róż. (mi osobiście oba pomysły wydają mi się niesłychanie fetyszystyczne). Nie ma czegoś takiego jak właściwe upodobania seksualne. Jedna moja znajoma uwielbia czuć poruszającego się penisa w cipce, drugiej wydaje się to odpychające, woli się ocierać, najlepiej w ubraniu. Która jest normalna?

Mam jednak wrażenie, ze Gębala chciała napisać o czym innym – a komentarze autorki skłaniają mnie by tym bardziej tak myśleć – że chciała skrytykować nawet nie to, że tylu mężczyzn myśli, że chcieliby seksu analnego, ale to, że podchodzą do tego jakby im się to należało, a fakt, że partnerka nie chce oznacza, że coś z nią nie tak. I tu nie ma żadnego problemu – bo z tego, że ludzie mają prawo do wszelkich pragnień seksualnych, nie oznacza, że należy im się ich realizacja. O nie, tu na ogół wchodzi w grę druga osoba (pomińmy autoerotyzm), i musi być zachowana zasada poinformowanej konsensualności, świadomej zgody*****.

I tu dochodzimy do tego, z czym się jak najbardziej zgadzam. Tak, rozwiązaniem jest komunikacja. Wiem, to nie jest proste, zwłaszcza na początku wydaje się sztuczne i sztywne, ale to z braku przyzwyczajenia. I wbrew temu, co pisze Zarin, że „z przygodnym partnerem też prowadzić poważne rozmowy o swoich pragnieniach? trochę realizmu ;d.”, tak, z przygodnym partnerem też można prowadzić mniej lub bardziej poważne rozmowy o tym na co się akurat z nim/nią ma w tej chwili ochotę. Może komuś powiedzenie „hej, mogę się na ciebie nabić” w sytuacji już przynajmniej półnagiej wydaje się dziwne – ale to tylko wrażenie, spowodowane wstydem. Interpretacja słów jest, parafrazując, w uchu słyszącego, i – dla mnie osobiście – żadne z określeń których użyła autorka „bierze”, rżnie”, „dyma”, „posuwa”, nie jest wulgarne. Chyba, że w transgresyjny sposób, ale to zaleta, nie wada.

Ale wniosek z tego jest taki, że problemem nie są czyjeś pragnienia, tylko brak komunikacji – i założenia, że komuś coś się oczywiście podoba, więc po co pytać, co w połączeniu z poczuciem, że ma być tak a nie inaczej, albo, że coś się nam należy (zwykle męska przypadłość) tworzy toksyczną mieszankę.

Chyba, że autorce przeszkadza jeszcze coś innego – powszechność modeli pornograficznych w seksualności zwłaszcza ludzi mających z nimi kontakt wcześnie? Teoretycznie pisze, że:

„Może więc nabierzmy trochę dystansu do tego, co oglądamy? W końcu filmy te są zarezerwowane dla ludzi dorosłych, a nie dla małych chłopców i dziewczynek, przydałaby się więc odrobina krytycyzmu.”

Ale prawda jest oczywiście inna. Obok mnie jest miejska biblioteka, gdzie oczywiście nie wolno oglądać pornografii, ale nie przeszkodziło to pewnemu chłopcu w wieku na oko wczesnogimnazjalnym oglądać pornograficznych filmików na komputerze obok mnie. 3 dni z rzędu. Przyznam, że osobiście wolałbym, żeby ludzie mieli dostęp do wielości modeli, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie, że ludzie swobodnie będą publicznie mówić o swoich upodobaniach seksualnych w całej ich różnorodności, żeby na rodzinnym obiedzie dzieci mogły usłyszeć, że ciocia to lubi jak się ją liże, a wójek jak pieści mu się jądra. Obecna sytuacja nie wydaje mi się gorsza od tej sprzed lat, gdy seksualność trzeba było odkrywać metodą prób i błędów.

Najgorszy jest jednak brak, a wręcz zakaz komunikacji i wyrażania własnych uczuć i preferencji bez wstydu. No, ale to tak dołujący temat, że wolę nic więcej o nim nie pisać. Zresztą, muszę kończyć, bo sciągnał mi się nowy film porno na którym ludzie pieprzą się poprzebierani za dinozaury.

*Bodajże Tristan Taormino ma taki fetysz. Feministka, jeśli ktoś nie wie.

**Ok, to czy naprawdę lubią to robić, czy pornografia jest wolna od problemów z przemocą seksualną (nie jest: i-can-never-tell ) jest jeszcze innym tematem.

*** Cóż, osobiście nie trafiam zbyt często na pornografie prezentująca stosunki analne hetero. Zwykle są osobna kategoria, wiec nie mam problemu z ich unikaniem. choć pewnie ktoś kto dopiero zaczyna może trafić na różne rzeczy. ale jak mniemam, pomysł, żeby ktoś inny pokazywał dziecku różne strony porno, żeby mogło zobaczyć co woli, skończyłby sie wezwaniem do kastrowania pokazującego, no bo pedofil.

**** Inna sprawa, że osobiście wątpię, by wielu mężczyzn naprawdę miało takie preferencje. No, ale męska seksualność jest jeszcze bardzie zrepresjonowana od kobiecej, tyle, że to jest bardziej niewidoczne, więc nic w tym dziwnego, że wszyscy myślą inaczej.

***** Pojęcie „informed consent”, świadomej zgody, jest tak naprawdę kompletnie nietrafione gdy chodzi o aktywność seksualną. Na tym między innymi polegał problem z akcją no means no, że sprawiała wrażenie, że jeśli ktoś nie mówi nie, to znaczy że się zgadza, co w sposób dość oczywisty jest problematyczne w seksualnym kontekście. Nie wspominając, że sam nacisk na powiedzenie nie obciąża odpowiedzialnością ofiarę, a na dodatek nasza kultura aktywnie zniechęca ludzi do mówienia nie – zwłaszcza kobiety (polecam she-didn’t-fight-back-because-you-told-her-not-to i mythcommunication-its-not-that-they-dont-understand-they-just-dont-like-the-answer ). W efekcie pojawiło się wraz z książką YesMeansYes pojęcie „enthusiastic consent”, które zwraca uwagę na wyrażanie chęci i dążenia, a nie na brak sprzeciwu.
Swoja droga, dziwi mnie, mnie cieszy, że w przeważającej większości produkcji pornograficznych przynajmniej usiłuje się sprawić wrażenie, że zaangażowane osoby tego chcą. Wystarczy, że morderstwa na niby cieszą się w fabułach wielką popularnością, dobrze, że chociaż gwałty nie. No i prywatnie też bardziej mnie cieszy oglądanie w pornosach podnieconych ludzi, niż udających, ale to już co kto woli.